środa, 9 października 2013

Córka Rembrandta

Hej! Po debiut literacki Lynn Cullen sięgnęłam dawno temu, jednak postanowiłam wrócić do tej książki - tak pozytywne wrażenie na mnie wywarła i, muszę to przyznać, nadal wywiera. Już tak mam, że chętnie czytam książki z wątkiem historycznym lub powieści historyczne, które bardzo często spełniają moje oczekiwania. Z "Córką Rembrandta" było tak samo.


Cornelia van Rijn była córką Rembrandta i jego służącej Hendrickje Stoffels. Malarz zakochał się w matce dziewczyny, lecz nie mógł jej poślubić, ponieważ mógł narazić się na stratę dużej części spadku po Saskii - swojej zmarłej żony. Hendrickje i Rembrandta oskarżono o konkubinat. Niedługo po tym wydarzeniu narodziła się ich córka - Cornelia, która otrzymała nazwisko po ojcu. Rembrandt, starzejąc się, popadał w ruinę i izolował się od świata. Przyjmował coraz mniej zamówień. Gdy Cornelia miała dwa lata, Rebrandt stał się bankrutem. Wtedy też wraz z córką i jej matką zamieszkał w dzielnicy Rozengracht. Gdy zmarła Hendrickje, Rembrandtem zajmowała się Cornelia oraz jej przyrodni brat - Titus.

"Córka Rembrandta" to historia Cornelii, o której tak naprawdę wiemy niewiele. Opowieść ta to przede wszystkim fikcja literacka, przeplatana z wydarzeniami historycznymi. Akcja książki rozpoczyna się w momencie, gdy Cornelia jest już żoną Cornelisa Suythofa - ucznia Rembrandta van Rijn. Dzieje się to już po śmierci malarza. Aby mieć pieniądze na podróż do Indii, małżonkowie sprzedają "stare" dzieła ojca Cornelii. Wtedy to właśnie siedemnastolatka wraca do przeszłości. Przypomina sobie, jak żyła, gdy zmarła jej matka, jak musiała opiekować się starym, zdziwaczałym ojcem, który wydawał się zauważać tylko Titusa, jak podczas zarazy starała się przetrwać... Właśnie wtedy, w wieku czternastu, a może piętnastu lat Cornelia poznała Carla - bogatego i przystojnego chłopca, który wydawał się być nią zainteresowany. Na dodatek nastolatkę opuścił jedyny i ukochany brat, który za bardzo zaczął upodabniać się do Magdaleny van Loo - swojej żony i kuzynki...

Czy Cornelia zazna prawdziwej miłości? Czy biedota i ubóstwo rzuci cień na jej związek z Carlem? Czy Cornelia poślubi Cornelisa Suythofa z miłości, a może z wyboru? Jak zmieni się Titus? Czy Cornelia będzie w stanie patrzeć na szczęście brata, który z biedoty i skrajnej nędzy trafi na salony? I jak dziewczyna zostanie potraktowana przez Rembrandta w momencie, gdy opuści go jedyny syn? Czy wtedy ojciec ją zauważy i... pokocha?

"Córka Rembrandta" jest zaskakującą i wzruszającą opowieścią. Gdy zobaczyłam ją po raz pierwszy na półce w bibliotece, pomyślałam, że to pewnie kolejna "powiastka" o miłości, która nie będzie w stanie przetrwać... I nie wypożyczyłam jej. Rembrandt był dla mnie tylko malarzem. Znałam go z zajęć plastycznych, ale niewiele o nim wiedziałam. Dopiero, gdy niedawno zainteresowałam się jego twórczością, stwierdziłam, że - tak! - chcę wypożyczyć tę książkę. Okazało się, że "Córka Rembrandta" autorstwa Lynn Cullen jest naprawdę niesamowitą książką, która bardzo przypadła mi do gustu.

 Książkę czytało się o tyle przyjemnie, o ile jej język był prosty. Żadnych archaizmów i niezrozumiałych słów. Atutem lektury jest też wspomnienie o dziełach malarza i ciekawostki dotyczące tego, jak powstały. Lynn Cullen zaskoczyła mnie także dlatego, że utworowi daleko było do nudnych, pełnych zbędnych informacji książek o słynnych malarzach. Autorka wyselekcjonowała tylko to, co było najbardziej potrzebne. Dodała do tego tło i dialogi i tak powstała "Córka Rembrandta". Książka może nie każdemu przypaść do gustu, może wydawać się tylko naiwną historyjką, której daleko do prawdy. Ale przecież tak wyglądało życie tych ludzi. W XVII wieku ludzie dzielili się na kasty. Liczyło się to, w której rodzinie się urodziłeś. Jeśli byłaś córką służącej, sama będziesz służącą. Będziesz żyła w biedocie. Jeśli jesteś córką bogacza, też będziesz w przyszłości bogata i odziedziczysz po rodzinie majątek, fortunę...

 Tak, los Cornelii został przypieczętowany długo przed jej narodzinami. Być może nie zaznała ona tyle szczęścia i radości w życiu, ile autorka pozwoliła jej poczuć na kartach powieści, ale... czy to ważne? Wielu czytelników zapamięta ją w taki sposób, w jaki jej postać wykreowała autorka.

"Córka Rembrandta" jest też debiutem pani Cullen, o czym wspomniałam już nieco wcześniej. Mam nadzieję, że ma już pomysł na kolejną książkę. A wszystkim zainteresowanym moją opinią, a także samym słynnym Rembrandtem van Rijnem polecam tę książkę bardzo gorąco! Być może zakochacie się w niej tak, jak ja... Naprawdę warto!

Pozdrawiam, Inka

niedziela, 6 października 2013

The Croods

Cześć! Wczoraj miałam okazję zobaczyć kolejny film (tym razem animację), który okazał się naprawdę dobry, jak na współczesne produkcje dla dzieci, dlatego też postanowiłam coś o nim napisać. Zacznę od tego, że jest to przede wszystkim film skierowany do najmłodszych widzów, choć dorośli też mogą się przy nim świetnie bawić i jednocześnie coś z niego wynieść. Wyprodukowany został przez 20th Century Fox - wytwórnię filmową, którą można kojarzyć z takich produkcji jak "Epoka Lodowcowa", "Tajemnica Zielonego Królestwa", "Alvin i Wiewiórki", "Królestwo niebieskie" czy "Titanic".


Film opowiada historię rodziny Krudów, którym udaje się przetrwać dzięki przestrzeganiu zasad. Najważniejszą z nich jest wystrzeganie się tego, co nowe, bo to, co nowe jest niebezpieczne i na końcu zawsze oznacza śmierć oraz życie w bezpiecznej, przytulnej jaskini. Krudowie żyją tak do momentu, w którym rozstępuje się ziemia i ich dom ulega zniszczeniu. Wtedy muszą opuścić rodzime tereny i wraz z pomysłowym Guyem udać się w daleką wędrówkę. Wkrótce bohaterowie odkrywają, że to, co nowe nie jest aż takie straszne, jak mogłoby się wydawać...

Głową rodziny jest Grug, który ściśle przestrzega ustalonych przez siebie zasad. Stara się opiekować swoją rodziną, a w szczególności buntowniczką Eep, która tak bardzo pragnie poznać świat poza jaskinią, że pewnej nocy łamie zasady i... wymyka się. Dziewczyna poznaje Guya - chłopaka, który potrafi wyczarować ogień. Eep jest zafascynowana jego pomysłowością. Podoba jej się to, co nowe. Oczywiście, wszystko to nie przypada do gustu Grugowi. Chociaż cała historia mówi o Krudach, to na pierwszy plan i tak wysuwa się postać nastoletniej Eep i jej stosunków z ojcem.  Właśnie ten element filmu bardzo mi się podobał. Jak w większości bajek zostały poruszone tematy nie tylko związane z dobrą zabawą, ale także pewnego rodzaju nauką.


Kolejnym plusem animacji była dobrze przemyślana fabuła. Podczas oglądania ani razu nie odczułam, że film mi się dłuży ani też nie nudziłam się. Zabawne teksty, dużo muzyki, przyspieszające z każdą minutą tempo sprawiały, że dobrze się bawiłam. Szczególnie podobały mi się elementy estetyczne. Nie chodzi mi tylko o efekty wizualne, ale także o muzykę, którą, tak na marginesie, skomponował Alan Silvestri. Za serce chwyciły mnie właściwie dwa utwory - "The Crood's Family Theme" i "Cave Painting Theme" - chociaż wszystkie kawałki były naprawdę ładne.




Jeżeli chodzi o efekty komputerowe to postacie trochę kojarzyły mi się z tymi z DreamWorksa i okazało się, że moje skojarzenie jest jak najbardziej trafione. Otóż DreamWorks Animation, które wyprodukowało m. in. "Shreka", "Potwory kontra obcy" czy "Jak wytresować smoka", zajęło się także produkcją "Krudów". Poza tym można było usłyszeć bardzo podobne fragmenty linii melodycznej do animacji DreamWorksa. Jakoś tak w ucho wpadły mi niektóre fragmenty podobne do "Shreka".


"Krudowie" to bajka na naprawdę wysokim poziomie i uznaję ją za jedną z perełek w mojej magicznej kolekcji filmów animowanych. Składa się na to bardzo dobre wykonanie, muzyka, dialogi. Poza tym animacja jest wprost stworzona dla małych dzieci. Film jest wolny od przemocy i wulgaryzmów. Na dodatek jest bajką ambitną i może przyciągnąć uwagę małych widzów na tyle, że po 1,5 godzinie będą chcieli więcej. Uważam, że warto zobaczyć "Krudów". To świetna rozrywka dla całej rodziny, przy której trudno jest się nudzić. Dlatego z pewnością mogę powiedzieć to jedno słowo, które powinno przyciągnąć widzów (a którego nie mogłabym wyrzec po obejrzeniu wielu innych filmów): polecam!

Pozdrawiam, Inka

środa, 2 października 2013

Dotyk Julii

Cześć! Tym razem mam dla was recenzję książki. Czytałam ją w kwietniu i wtedy też napisałam moją recenzję na portalu LubimyCzytać.pl, jednak chciałabym ją tutaj zamieścić. Jeśli ktoś dobrze mnie zna, wie, że rzadko kiedy przepuszczę jakąś książkę z literatury młodzieżowej, a jeśli dodatkowo zawiera jakieś wątki przygodowe i romantyczne - proszę bardzo! - ja się na to piszę.

"Dotyk Julii" autorstwa Tahereh Mafi jest - właśnie! - kolejną pozycją młodzieżową, jaką w swojej ofercie przedstawiło wydawnictwo Otwarte. To debiut dwudziestoczteroletniej pisarki z Kalifornii, który szybko trafił na listy bestsellerów New York Timesa. Fabuła i postacie są naprawdę ciekawe i dość oryginalnie ujęte, jak na współczesną literaturę, gdzie ciągle czytamy o tym samym, co - muszę to napisać - robi się naprawdę nudne. Przy czym można uznać, że autorka ma niezwykle bujną wyobraźnię, skoro potrafiła stworzyć taki, a nie inny świat i nie powielać znanego już nam schematu.


Główną bohaterką jest siedemnastoletnia Julia, która ma niezwykły dar. Jej dotyk sprawia ból. Może doprowadzić nawet do śmierci. Przez całe swoje życie dziewczyna jest izolowana od innych. Nie ma przyjaciół. Nawet rodzice jej nie akceptują. Julia nie wie, dlaczego wszyscy tak bardzo się jej boją... Jest pokojowo nastawiona do świata. Nie chce nikogo krzywdzić. A mimo to czuje, że jest potworem... Żyje w przeświadczeniu, że nigdy nie powinna była się urodzić; że posiada moc, która jest źródłem zniszczenia i bólu; że żyje tylko po to, aby ranić innych...

 Julię poznajemy, gdy przebywa w zakładzie zamkniętym od 264 dni, w ciągu których ani razu nie była na dworze i do nikogo się nie odzywała. Dziewczyna żyje w czterech ścianach, mogąc tylko raz wyjść poza swoje "więzienie" i tylko raz otrzymując posiłek. W stanie świadomości utrzymują ją już tylko myśli błądzące po jej głowie i mały notesik, w którym skrzętnie je zapisuje. Pewnego dnia do jej celi zostaje "wtrącony" Adam. Nastolatka, choć niezbyt chętnie, postanawia pomóc mu zaaklimatyzować się w miejscu, w którym sama musiała spędzić sporo czasu. Między dwojgiem więźniów rodzi się uczucie. Julia nie wie, że Adam jest kimś więcej, niż tylko "współlokatorem jej celi"...
W momencie, w którym Julia poznaje Adama akcja przyspiesza i z każdą kolejną kartką rozkręca się coraz bardziej. Poznajemy kolejnych bohaterów, a także okoliczności w jakich Julia została zamknięta w zakładzie oraz... dlaczego uważa, że jest potworem.

 Muszę przyznać, że zanim przeczytałam książkę zaintrygował mnie sam pomysł: główna bohaterka jako śmiercionośne narzędzie zbrodni. Wcześniej nie spotkałam się z taką koncepcją postrzegania człowieka, no i świata, i właśnie dlatego autorka zjednała sobie moją sympatię, jeszcze zanim sięgnęłam po książkę. Szczególnie podobało mi się to, że autorka od początku do samego końca sama pisała swoją książkę; nie powielała znanych nam już schematów, które często wykorzystują inni autorzy. Koniec z wampirami, wilkołakami, duchami, żywymi trupami i sierotkami Marysiami. Od czasów "Igrzysk Śmierci" to chyba jedna z lepszych książek współczesnej literatury młodzieżowej jaką przeczytałam w ciągu ostatnich dwóch lat. Dodatkowo bardzo podobała mi się refleksyjna natura głównej bohaterki oraz to, co autorka starała się nam wyrazić poprzez jej myśli, które pozwalały inaczej spojrzeć na otaczający nas świat i docenić to, co mamy, przede wszystkim: wolność.

 "Dotyk Julii" to naprawdę dobra książka, kiedy chcemy wciągnąć się w kolejną niebanalną historię i poznać zupełnie inny świat. Polecam ją serdecznie nie tylko nastolatkom, ale także każdemu zainteresowanemu. Gwarantuję, że lektura nie będzie czasem straconym, a wnioski, które można z niej wyciągnąć, na długo pozostaną nie tylko w sercach, ale i w umysłach. Jednak jeśli sceptycznie podchodzicie do świata, myślę, że nie znajdziecie w tej książce niczego ciekawego. Chociaż... kto wie?


Dobra wiadomość dla fanów książki jest taka, że od lipca można już zdobyć drugą część dystopii - "Sekret Julii" oraz, że 20th Century Fox nabył prawa do „Dotyku Julii”, co oznacza, że za jakiś dłuższy czas możemy spodziewać się ekranizacji książki.

Z tą dobrą informacją kończę dzisiejszą notkę,
pozdrawiam, Inka

piątek, 27 września 2013

The Bling Ring

Cześć! Chyba duża część z was, kiedy wokół filmu Sofii Coppoli "The Bling Ring" zaczął się robić szum, dowiedziała się o Hollywood Hills Burglars, czyli amerykańskiej grupie przestępczej, która okradała domy gwiazd. Przyznam się, że przed filmem coś mi się obiło o uszy, ale nie byłam na tyle zainteresowana, by sprawdzić, o co chodziło. I dopiero wczoraj, gdy obejrzałam "The Bling Ring", mogłam dowiedzieć się nieco więcej na ten temat.


Jak już wcześniej wspomniałam, film opowiada historię kilkorga nastolatków, którzy włamują się do domów hollywoodzkich gwiazd i okradają je z ciuchów, biżuterii, pieniędzy. Przywódczynią grupy jest Rebecca i to ją poznajemy na początku filmu, kiedy "zaprzyjaźnia się" z Marckiem, jednym z grupy włamywaczy, a wtedy nowym uczniem szkoły, do której chodzi dziewczyna. To Becca, pragnąca pożyć życiem innych, wprowadza chłopaka w świat kradzieży i poczucia bezkarności. W pewnym momencie do grupy dołączają także Nicki (w tej roli Emma Watson), Sam i Chloe. Przez chwilę do Bling Ring należy także Emily.

Film ma bardzo prostą konstrukcję. Na początku mamy coś na kształt prologu, potem to, co dzieje się teraz. Ogółem, włamywacze decydują się, czyj dom chcą obrobić, potem się włamują, a na końcu imprezują, czując, że są niepokonani i nikt nie zdoła ich złapać. Podczas filmu możemy też zobaczyć wywiady i wypowiedzi członków grupy, których udzielali już po tym, jak zostali przyłapani na gorącym uczynku. Właśnie te elementy filmu sprawiają, że przypomina nieco film dokumentalny.

Momentami film przynudzał. Właściwie cały czas było nudno i tylko gra aktorska trzech osób jakoś ratowała atmosferę. Nużące było to, że w pewnym momencie przez jakieś trzy minuty oglądaliśmy ujęcie domu jednej z hollywoodzkich gwiazd i tylko czarne postacie, które widzieliśmy przez okna obrabowywanej willi. Poza tym nie podobało mi się to, że schemat kradzieży był wciąż taki sam, czyli: wpisywanie w google, gdzie mieszka dana gwiazda, dowiadywanie się z serwisów plotkarskich, że w tej chwili jest w innym kraju bądź odsiaduje swój wyrok w więzieniu, przechodzenie przez bramę, buszowanie po garderobach gwiazd, zabieranie cuchów, biżuterii, zegarków, pieniędzy, raz nawet ukradli obraz (Wow! To dopiero było zadziwiające, bo wcześniej nie zabierali takich przedmiotów z innych domów!). Jakoś nie chce mi się wierzyć, że złodzieje nie mieli żadnego planu. A co z ochroną, kamerami itp.? Kolejna rzecz: naiwność, no i głupota. Rozumiem, że w rzeczywistości mogło im się wydawać, że nikt niczego nie zauważy, ale w filmie pokazali to, jakby naprawdę tylko jedna osoba przejęła się tym, że w końcu mogą ich ukarać. I nie rozumiem jeszcze jednej rzeczy: po co po raz dziesiąty leźć do domu tej samej gwiazdy i opowiadać innym, że się u niej było i się ją okradło?





Chociaż film jest oparty na faktach, tak naprawdę brakowało mi w nim pokazania tego, co mogli czuć bohaterowie zanim zaczęli okradać domy i po tym, jak już w końcu to zrobili. Brakowało mi jakiejś moralności w ich zachowaniu. Szczególnie mam na myśli Rebecckę. Nigdy nie mogłeś być pewny, co ona myśli, co czuje, czego tak naprawdę pragnie. Coppola nie zgłębiała tego tematu i to był błąd. Reżyserka zdecydowała się na końcu subiektywnie opisać swoje odczucia, ale były one przepełnione fałszem, miałam wrażenie, że chce przekazać coś na siłę, być moralizatorką, choć nikt od niej tego nie wymagał.

Przyznam szczerze, że choć po filmie nie spodziewałam się niczego niesamowitego, to i tak mocno się na nim zawiodłam. Strasznie irytowała mnie bohaterka, którą grała Emma Watson, z czego wnioskuję, że grała przekonująco i dobrze, bo jako Hermiona Granger zjednała sobie moją sympatię i pewnie wielu innych widzów. Poza Emmą w filmie można było zobaczyć: Katie Chang, Israela Broussarda (zagrał jakąś mało znaczącą rolę w filmie "Dziewczyna i chłopak - wszystko na opak), Taissę Farming - młodszą siostrę Very (możecie ją kojarzyć z roli w "American Horror Story"), Claire Julien i Georgię Rock, która na ekranie pojawia się jednak dosyć rzadko.

Przesłaniem tego filmu prawdopodobnie było ukazanie sposobu myślenia współczesnej młodzieży, która goni za pieniędzmi, chociaż wielu krytyków uważa, że Coppola się raczej nie popisała i żadnej psychologicznej głębi nie zawarła w "The Bling Ring". Myślę, że film miał potencjał, ale jak zwykle na dobrym pomyśle się skończyło. Produkcja ma wiele wad, ale największą z nich jest po prostu oglądanie ze znudzeniem i zastanawianie się, kiedy film dobiegnie końca.

Nie polecam "The Bling Ring", jeśli szukacie czegoś z wciągającą fabułą i chcecie się rozerwać w weekendowy wieczór. To raczej kino dla wytrwałych lub dla ulubieńców któregoś z aktorów. Dla fanów Emmy to pozycja obowiązkowa! Jednak jej rola nie była na tyle wielka, by przyćmić jej sławę i skojarzenia z rolą Hermiony w "Harrym Potterze". Myślę, że musimy poczekać na jakiś przełom w jej karierze. A wracając do filmu, może i warto go zobaczyć dla samej historii, jednak... czy naprawdę warto patrzeć, jak kilkoro nastolatków okrada domy...?


Zapraszam do komentowania!

Pozdrawiam, Inka

wtorek, 24 września 2013

Teen Beach Movie

Cześć! To mój pierwszy wpis na nowym blogu (wcześniej był filmowy na FW, ale chciałam dzielić się nie tylko spostrzeżeniami o filmach, ale także o książkach i muzyce, czego tam mi brakowało, więc postanowiłam założyć nowy blog), dlatego też proszę o wyrozumiałość. Niemal wszyscy zaczynają swoim pierwszym wpisem od tego, co będzie można przeczytać na ich blogu. Ja wam tego oszczędzę. Będzie to po prostu zbiór myśli, przypadkowych opisów, ocen, rekomendacji.
Już dziś chciałabym napisać co nieco. Zacznę od filmu. Prawdopodobnie większości z was się on nie spodoba lub nie będziecie mieli zamiaru go obejrzeć, ale chciałabym coś o nim napisać. To typowa komedia familijna, w szczególności dla dzieci i młodzieży z elementami musicalu z serii Disney Channel Original Movie.


Głównymi bohaterami są McKenzie (w tej roli Maia Mitchell) i Brady (Ross Lynch), których pasją jest surfing. Jednak lato wkrótce się kończy, a Mac musi wyjechać do prestiżowej szkoły. W dzień wyjazdu dziewczyna wraz z Bradym nieoczekiwanie trafiają do musicalu z lat 60. i zakłócają fabułę filmu. Jeśli nie uda im się na czas odwrócić biegu wydarzeń, na zawsze utkwią w filmowym świecie.

"Teen Beach Movie" osobiście od razu skojarzył mi się z mieszanką "High School Muscial" i "Camp Rocku". Mamy podobny klimat, rywalizację, piosenki. Nawet jeden z aktorów - Garrett Clayton - łudząco przypominał Zaca Efrona, odtwórcę głównej roli w HSMie. Film nawiązuje też, co sam stara się wypromować, nawiązanie do "West Side Story". Początkowo nie mogłam niczego takiego znaleźć, ale w końcu stwierdziłam, że "rywalizację gangów" (to trochę śmieszne, bo "Teen Beach Movie" nie dorasta chociażby do pięt "West Side Story") i miłość wbrew zasadom można uznać za jakieś podobieństwa.

Disney i tym razem, jak zwykle w swoich nowych filmach, starał się wypromować nowe twarze. W jednej z głównych ról pojawił się Ross Lynch, którego można kojarzyć z serialu "Austin i Ally" oraz z zespołu, w którym występuje wraz z rodzeństwem. Kolejna nowa twarz to Maia Mitchell, którą ostatnio można było zobaczyć w pierwszej połowie sezonu "The Fosters". Pojawia się też wspomniany wcześniej Garrett Clayton oraz Grace Phipps, którą mogliśmy już zobaczyć w czwartym sezonie "Pamiętników Wampirów" oraz w dziesięcioodcinkowej amerykańskiej produkcji - "Dziewięć żyć Chloe King". Możemy też zobaczyć kilkunastu innych aktorów, jednak pojawiają się w filmie jedynie jako tło, nierzadko mówiąc tylko po dwa, trzy zdania.


Po grze aktorskiej nie można się zbyt wiele spodziewać, ale w sumie to dopiero młodzi ludzie, którzy nie bardzo mogą się wykazać w takich produkcjach. Jeśli spojrzeć na to od tej strony, Zac Efron wydawał się koszmarny po "HSMie", za to pokazał swój talent w innych produkcjach. Możemy za to dostrzec, że aktorzy świetnie się bawili przy tworzeniu tej produkcji. Dużo ruchu, tańca, skocznej muzyki. W trakcie aż chciało się śpiewać i tańczyć razem z nimi.

Myślę, że piosenki były na całkiem przyzwoitym poziomie. Poza tym okazja usłyszenia nowych głosów, innych niż Hannah Montana, było fajne.

Powiem tak, film ma wiele wad, w tym przewidywalne, lipne zakończenie, ale nie mogę oceniać go zbyt surowo. W końcu nie oczekiwałam jakiegoś super musicalu. I, muszę to przyznać z ręką na sercu, z chęcią oglądałam go od początku do końca. Trochę zawiodłam się na surfowaniu. Na początku myślałam, że właśnie o tym będzie film, ale okazało się, że bliżej mu do komedii romantycznej. "Teen Beach Movie" pokazuje jakieś sekundowe ujęcia, ale to nie to samo co "Błękitna fala" albo "Soul Surfer".




Chciałabym powiedzieć, jak większość osób, że cały filmy jest beznadziejny, ale, mimo wszystko, nie mogę. Polecam go w szczególności dzieciakom, w tym małym dziewczynkom z podstawówki i tym większym, które ciągle żyją marzeniami. Takie filmy pomagają zrozumieć, że wszystko jest możliwie, jeśli wystarczająco się chce i ciężko się pracuje, a na dodatek optymistycznie nastrajają :)

Jeśli macie ochotę na przyjemny film na nudne popołudnie albo wieczór, a może chcecie oderwać się od tego, co jest na co dzień i przeżyć interesującą przygodę? Albo lubicie wpadającą w ucho muzykę i kochacie musicale z młodzieżową obsadą i fajną choreografią! Ten film jest dla was!


Zapraszam do komentowania :)

Pozdrawiam, Inka