wtorek, 5 listopada 2013

Fałszywy książę

Cześć! Jak wam mija tydzień po dłuższym weekendzie? Dziś przygotowałam dla was recenzję naprawdę bardzo dobrej książki, którą udało mi się przeczytać właśnie wtedy. Muszę przyznać, że lektura miło mnie zaskoczyła. Nie spodziewałam się po niej niczego takiego, a dostałam niecałe dwa wieczory dobrej zabawy i dużą dawkę emocji. Książka nosi tytuł "Fałszywy książę" i została napisana przez Jennifer A. Nielsen . W Polsce wydano ją w styczniu 2013 r. Jestem tym trochę zawiedziona, bo liczyłam, że od razu zabiorę się za dalsze części Trylogii władzy, ale chyba będę musiała sobie długo poczekać...


"Fałszywy książę" to historia czternastoletniego Sage'a, który mieszka w sierocińcu pani Turbeldy w krainie o nazwie Carthyia. Chłopiec jest dość trudnym dzieckiem. Ma wredny charakterek i zawsze gotową odpowiedź na czyjąś zaczepkę. Pewnego dnia zostaje zabrany z sierocińca przez arystokratę Connera. Jednak nie tylko Sage trafia pod jego skrzydła. Wkrótce poznaje on trzech innych chłopców, również mieszkających wcześniej w sierocińcach: Latamera, Rodena i Tobiasa. Okazuje się, że Conner jest jednym z regentów króla Carthyi, który planuje osadzić na tronie mistyfikatora podającego się za zaginionego cztery lata wcześniej księcia... by uratować królestwo przed zbliżającą się z każdym dniem wojną domową.

Narratorem opowieści jest Sage. To właśnie z jego perspektywy poznajemy całą historię. Muszę przyznać, że Sage jest moim ulubionym bohaterem powieści i z całą pewnością najlepiej wykreowaną przez autorkę postacią. Czternastoletni chłopiec, który potrafi o siebie zadbać, ma cięty język, jest sprytny, pomysłowy, a przede wszystkim - jest świetnym aktorem. Wydaje mi się, że każdy chciałby być taki jak on: mieć swoje własne zdanie, do końca walczyć o swoje przekonania, potrafić kłamać dla wyższych celów... i być uczciwym jednocześnie. Czasami można mieć wrażenie, że Sage jest też zbyt pewny siebie i bardzo samolubny. Jednak gdy poznamy go od strony, w której jest gotowy pomagać innym, szybko zmienimy zdanie.

Kolejną postacią, która wywarła na mnie dobre wrażenie jest Imogena - służąca Connera. Choć biedna i traktowana przez wielu z wyższością a nawet pogardą, okazała się być świetną przyjaciółką i dobrą kompanką, kiedy Sage przeżywał trudne chwile. Myślę, że jest ona najskromniejszą postacią i  choć jej wątek nie został zbytnio rozwinięty, mam nadzieję, że pojawi się w kolejnej części "Fałszywego księcia".

Warto wspomnieć też coś o Connerze. Autorka bardzo postarała się o to, by arystokrata od samego początku sprawiał złe wrażenie. Jest wyniosły, zbyt pewny siebie, przekonany, że wie wszystko, że jest kimś ważniejszym od innych ludzi. Conner nie szanuje drugiego człowieka. Jest gotowy zabić każdego, kto stanie na jego drodze i będzie przeszkodą w wypełnieniu do końca jego planu. Możecie się więc domyślać, jak napięta musiała być relacja między Sagem a Connerem. Każdy z nich chciał pokazać, kto tutaj rządzi. Uparty Sage versus bezlitosny i pozbawiony sumienia Conner. Kto wygra tę walkę? I czy naprawdę jest o co walczyć...?

W książce szczególnie podobała mi się sceneria. Pojawia się posiadłość Connera, zamek, sierociniec. Odległe czasy, kiedy w kraju rządził król, a tron był dziedziczny, nasuwały mi na myśl średniowiecze. Zamykając oczy, wyraźnie mogłam zobaczyć świat oczami Sage'a. Już dawno żadna książka nie oddziaływała tak na moją wyobraźnię. Poza tym podobał mi się język. Autorka nie używała archaizmów, nie pojawiały się trudne, niezrozumiałe sformułowania lub terminy.

"Fałszywy książę" to świetna książka! Ciekawa fabuła, wartka akcja, bohaterowie o różnorodnych charakterach, zaskakujące zwroty akcji. Uważam, że to idealna lektura nie tylko dla nastolatków czy pasjonatów fantastyki, ale także dla każdego czytelnika! Ta nieprzewidywalna historia może zwalić z nóg! A ja mogę powiedzieć tylko tyle: gorąco polecam! Czas poświęcony "Fałszywemu księciu" nie będzie czasem straconym!

Pozdrawiam, Inka

sobota, 2 listopada 2013

Piosenki dla Pauli

Cześć! Tym razem mam dla was recenzję książki. W końcu skończyłam ją czytać i jestem z siebie naprawdę dumna. Ostatnio ciężko za cokolwiek mi się zabrać. Brak chęci do pracy, do robienia tego wszystkiego, co powinno się zrobić na określony termin i niekoniecznie ma się na to ochotę. Poza tym dochodzi wiele pośrednich czynników, ale nie będę się tu żalić. O "Piosenkach dla Pauli" słyszałam na długo przed jej przeczytaniem. Właściwie nie byłam jakoś zakręcona na jej punkcie, że muszę ją koniecznie przeczytać, ale wiedziałam, że jeśli kiedykolwiek wpadnie w moje ręce, to z pewnością już jej z nich nie wypuszczę. I tak też stało się pewnego pięknego jesiennego popołudnia, kiedy weszłam do biblioteki i zobaczyłam ją na półce. Nie zastanawiałam się ani minuty. Nawet nie przeczytałam opisu, tylko zdjęłam z półki i zabrałam ze sobą do domu :)


Główną bohaterką książki jest szesnastoletnia, prawie siedemnastoletnia, Paula. Pewno dnia dziewczyna decyduje się spotkać z poznanym w sieci pięć lat starszym chłopakiem - Angelem. Kiedy chłopak spóźnia się na randkę, Paula, wkurzona, że czeka naprawdę długo, a Angela jak nie było, tak nie ma, idzie do znajdującego się naprzeciw miejsca spotkania Starbucksa. Tam poznaje Alexa - dwudziestodwuletniego początkującego pisarza oraz saksofonistę - który przypadkowo czyta tą samą książkę, co ona. Tuż przed swoim wyjściem, Alex podmienia książki, licząc na to, że Paula będzie chciała odzyskać swoją. Kiedy zrezygnowana i nieco rozczarowana dziewczyna, nie wiedząc jeszcze o "podstępie" Alexa, postanawia opuścić budynek, zupełnie przypadkowo wpada na chłopaka biegnącego tuż na nią. Okazuje się, że to spóźniony Angel, niosący ze sobą czerwoną różę... W ten romantyczny sposób zawiązuje nam się akcja.

Książka, jak przepowiada nam to okładka, skupia się głównie na wątku miłosnym, chociaż pojawią się także elementy związane ze szkołą, przyjaźnią czy też problemami z rodzicami. Pierwszą i właściwie jedyną parą są Paula i Angel. Zakochani w sobie niemal od pierwszego wejrzenia, nie licząc ich dwumiesięcznych rozmów na forach internetowych. Wszystko kręci się wokół nich. Mimo to dochodzi do pewnych wydarzeń, które mogą wszystko skomplikować. I tu na plan główny wysuwa się między innymi Alex, który desperacko wręcz pragnie kontaktu z Paulą. Do tego grona zaliczymy też Katię - słynną piosenkarkę, z którą Angel przeprowadzał wywiad i która, mówiąc krótko, zakochała się w nim. Z pewnością w tym kręgu znajdzie się coraz więcej osób. Dołączą do niego: Mario - przyjaciel Pauli, Diana - przyjaciółka dziewczyny, a także Irene - przyrodnia siostra Alexa, która ma na jego punkcie obsesję.

Książka traktuje o sprawach dla jednych błahych, dla innych trudnych. Jednym się spodoba, innym nie. Szczególne emocje będzie wyzwalać przyspieszająca z każdą kartką akcja i kolejne wydarzenia. Jednym będziemy kibicować, innych nie będziemy mogli znieść. Moje osobiste odczucia są takie, że jakoś nie polubiłam zbytnio głównej bohaterki. Wydawała się nieco pusta. Może oceniam ją zbyt ostro, ale była to jedna z bardziej irytujących mnie postaci, a na dodatek cała książka opowiadała właśnie jej historię. Z pewnością polubiłam Alexa, jego romantyczne usposobienie oraz wyznawane zasady (tutaj chyli się Irene i jej zupełnie odmienne myśli). Kolejną świetną postacią była Diana. Z całego serca kibicowałam jej i Mario i sposób w jaki zakończono o nich mówić bardzo mi się spodobał. Mario też był jednym z bardziej lubianych przeze mnie bohaterów, chociaż większość czasu było mi go po prostu żal. A wszystko przez tę głupiutką Paulę...

Cóż, naprawdę chciałabym wam powiedzieć wszystko, co tylko przychodzi mi do głowy na temat tej książki, ale niestety za dużo bym zdradziła z fabuły, a nikt przecież nie lubi, kiedy mówi mu się, co będzie na końcu. Chociaż właściwie jestem jedną z tych osób, które już na samym początku czytają zakończenie, taka właśnie jestem. A wracając do książki, myślę, że to powieść skierowana głównie do młodzieży, a konkretniej do nastolatek. Dużymi plusami są: przyjemne i szybkie czytanie, przyspieszająca z każdą kartką akcja, różne charaktery bohaterów. Minusy to drobne literówki i pomyłki, czyżby wynikające z tłumaczenia? Spotkałam się z mówieniu o Alexie i używania imienia Angela i na odwrót.

Jeśli jesteście zainteresowani, sięgnijcie po książkę! Spotkałam się z tak różnymi opiniami, że ciężko mi powiedzieć, czy przypadnie wam ona do gustu czy nie. Osobiście sięgnę po dalsze części, bo jestem zaintrygowana wątkiem Mario-Diana. Poza tym Paula ma już kolejnego adoratora, więc ciekawe, co z tego wyjdzie...? W książce pojawiło się też parę tytułów piosenek. Osobiście średnio lubię hiszpańską muzykę, wolę hiszpańskie filmy, myślę, że jednak warto sobie je kiedyś przesłuchać. Do tego pojawiły się nazwy dwóch filmów: "Życie jest piękne" i "Igraszki losu".

Myślę, że Blue Jeans w pewien sposób się spisał. Wielowątkowa powieść z dużą ilością bohaterów tak zamotana, że aż trudno uwierzyć, że autor nam wszystko powyjaśniał. Śmiało można gratulować mu sukcesu, tylko właściwie, czy "Piosenki dla Pauli" naprawdę zadłużyły na same pochwały...? To już zależy od was! Przekonajcie się sami!

Pozdrawiam, Inka

niedziela, 27 października 2013

The Kings of Summer

Hej! Wieku temu - właściwie nie wieki, ale czas płynie tak szybko, że czasem trudno się zorientować, co miało miejsce dzień temu, a co pięć dni temu - miałam okazję obejrzeć bardzo dobry film z udziałem młodych, jeszcze nie tak znanych aktorów, który - muszę to przyznać - całkiem mi się podobał. Szczególnie jeśli chodzi o tematykę, z którą właściwie wcześniej się nie spotkałam, dlatego też postanowiłam coś o nim napisać. Z braku czasu nie mogłam zrobić tego wcześniej, więc zabrałam się za to dzisiaj (choć film widziałam jakiś tydzień temu).


Film opowiada historię trzech nastoletnich chłopców, którzy postanawiają spędzić wakacje, żyjąc w lesie w zbudowanym przez siebie domu i żywiąc się wyłącznie tym, co znajdą bądź upolują. Dlaczego decydują się na taki krok? Dwaj z nich - Joe i Patrick - mają dość swoich rodziców. Nie potrafią się z nimi dogadać. Czują się lekceważeni, niezrozumiani. W pewnym sensie także zagubieni. Biaggio - trzeci z chłopców - dołącza do nich. Każdy z nastolatków pragnie przeżyć historię swojego życia, stać się mężczyzną, zrobić coś samemu, poczuć się wolnym...

Oczywiście, nie wszystko idzie według planu. Polowanie nie kończy się tak, jakby tego oczekiwali. Mieszkanie we trójkę staje się monotonne. Brakuje też rozrywki związanej z nieobecnością innych osób. Do tego dołączają miłosne rozterki, przez które przyjaźń od dziecka zostaje wystawiona na ciężką próbę...

Po pierwsze, szczególnie podobał mi się, jak wcześniej ujęłam, scenariusz Chrias Galletta. Nietypowa historia. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam w żadnym innym filmie. Do tego reżyseria Jordana Vogta-Robertsa. Świetne ujęcia. Jordan sprawił, że w tę historię łatwo uwierzyć. No i klimat - trzeba to zobaczyć, żeby to poczuć! Warto też wspomnieć o grze aktorskiej. W rolach głównych pojawili się: Nick Robinson ("Nie-przyjaciele", "Melissa i Joey"), Gabriel Basso ("Super 8", "Słowo na R") oraz Moises Arias ("Hannah Montana", "Tatastrofa", aktor pojawi się także w "Grze Endera"). Myślę, że aktorzy zagrali naprawdę dobrze. Szczególnie, jeśli spojrzymy na filmy, w których grywali wcześniej oraz ich dosyć małe doświadczenie aktorskie.




Nie mogę nie wspomnieć o muzyce. Po pierwsze, tej skomponowanej przez Ryana Millera. Po drugie, tej dobranej na użytek filmu. Była niesamowita. Podobały mi się w szczególności kawałki wzorowane trochę na lata 60. W ucho wpadły mi dwa utwory: "17" w wykonaniu Youth Lagoon oraz "The Youth" zespołu MGMT.

Historia, choć świetnie przedstawiona i której dałam praktycznie same plusy, ma też pewien minus, a jest im naiwność. Jakoś trudno mi uwierzyć, że trzech nastoletnich chłopców było w stanie w kilka dni zbudować domek w środku lasu, w zakątku, którego praktycznie nikt nie potrafił odnaleźć. Poza tym, jak udało im się zatargać te wszystkie belki do "magicznego miejsca"? I najważniejsze - jak udało im się bez zwracania uwagi innych ludzi przenieść niektóre elementy placu zabaw do lasu bez żadnego samochodu, wózka itp.? Poza tym rodzice nastolatków zgłosili ich zaginięcie. Ich zdjęcia pokazywane były w telewizji, więc kiedy wychodzi z lasu - wierzcie mi, było tak - to jak to możliwe, że nikt ich nie rozpoznał? Hmmm...?

I tylko tyle jestem w stanie mu zarzucić. Ogółem uważam, że to świetna produkcja i warto ją zobaczyć. Historia zawiera w sobie psychologiczny podtekst dla rodziców i ich dzieci, może właśnie dlatego warto go zobaczyć? Żeby w przyszłości nie popełniać tych samych błędów co tata Joe'go i rodzice Patricka? Polecam wam ten film naprawdę gorąco! Z pewnością nie będzie to stracony czas!

Pozdrawiam, Inka

wtorek, 22 października 2013

The Tomorrow People

Cześć! W ostatnich dniach miałam dodać recenzję filmu "Królowie Lata", ale jakoś nie mogę się zebrać - szkoła robi swoje - dlatego na dziś mam dla was moją króciutką opinię na temat najnowszego serialu The CW, a mianowicie "The Tomorrow People", co w prostym przekładzie oznacza "Ludzie Jutra". Do tej pory wyemitowano dwa odcinki i oba całkiem mi się podobały. Ale o tym trochę później...


Serial opowiada historię nastoletniego Stephena Jamesona, który od pewnego czasu słyszy czyjś głos w swojej głowie oraz notorycznie budzi się łóżku swoich sąsiadów, chociaż nie pamięta, aby wychodził z domu czy lunatykował. Chłopak chodzi do terapeuty, który każe przyjmować mu leki. Stephen zaczyna myśleć, że oszalał... Okazuje się jednak, że posiada nadnaturalne zdolności, które odziedziczył po swoim "szalonym" ojcu i że należy do Ludzi Jutra. Nastolatek dołącza do nich, pomagając im w walce ze złem...

Opis trochę przypomina "Tajemnice Smallville". Właściwie sama konstrukcja przypomina mi ten serial, kilka lat temu emitowany przez The CW. W obu przypadkach mamy nastoletniego chłopaka o ponadprzeciętnych, wręcz nadnaturalnych zdolnościach, który postanawia ratować świat przed złem. Rzecz w tym, że Clark Kent - bohater "Smallville" - był kosmitą i pochodził z innej planety, a Stephen należy do Ludzi Jutra.

W ciągu ostatnich dwóch odcinków można było dowiedzieć się skąd wzięli się Ludzie Jutra, co robią, ilu ich jest, kim był ojciec Stephena, kim są Ultra oraz co planuje zrobić Stephen, no i co właściwie zrobił, akceptując prawdę o tym, kim jest.



W obsadzie pojawia się Robbie Amell, któremu przypadła do odegrania rola Stephena. Amella możecie kojarzyć z "Pretty Little Liars". Grał tam Erica Kahna. Pojawił się także w filmie "Struck by Lightning" oraz "Od sklepowej do królowej". Robbie gra całkiem nieźle, chociaż wydaje mi się trochę za stary jak na nastolatka... Ale może tylko mi się tak wydaje. No i pewnie większość uzna go za przystojnego, chociaż mi się akurat nie spodobał ;p


W serialu pojawia się także Peyton List, która gra Carę. Akurat aktorka średnio mi się podoba w tej roli, ale to tylko moje zdanie. Myślę, że lepiej nadawałaby się na jakiś czarny charakter, ale kto wie...? Może ze słodkiej dziewczynki, która potrafi czytać w myślach Stephena, stanie się tą złą, która przejdzie na ciemną stronę mocy?


W rolę Johna Younga - do tej pory mojego ulubionego bohatera - wciela się Luke Mitchell. Aktor pojawił się w takich produkcjach jak "H20: Wystarczy kropla wody" i "Zatoka serc". John skrywa wiele tajemnic. Jest najbardziej upartą postacią, ale jednocześnie ma ogromne serce i zawsze, nawet jeśli nie podoba mu się to, co robią jego przyjaciele, przychodzi im na ratunek.

W "The Tomorrow People" pojawiają się jeszcze inni bohaterowie. Wśród nich znajduje się matka i młodszy brat Stephena, jego przyjaciółka Astrid oraz jego wujek. Poznajemy także kolejnych członków Ludzi Jutra.

Ogółem mówiąc, choć fabuła jest dość rozbudowana, serial jest naprawdę fajny. Jak na razie nie powiela zbyt wiele schematów, ale kto wie, co będzie dalej. Myślę, że fani fantastyki i serialoholicy powinny go koniecznie zobaczyć! Dla tych, którzy są zainteresowani - proszę bardzo! Jestem pewna, że się nie zawiedziecie. Jeśli jednak uważacie, że serial nie jest wart waszej uwagi, szczególnie po obejrzeniu traileru, który wrzucę na samym końcu, nie zabierajcie się za "The Tomorrow People". Już teraz mogę wam powiedzieć, że pewnie nie będziecie się dobrze bawić.


Jeśli się zdecydujecie, miłego oglądania!

Pozdrawiam, Inka

piątek, 18 października 2013

City of Bones

Cześć! Szkolny tydzień nareszcie mam za sobą. Dzisiejszy dzień był wyjątkowo dla mnie pechowy i nieprzyjemny, no ale takie rzeczy zdarzają się przecież codziennie wielu innym ludziom. Dość użalania się nad sobą! Przez ostatnie kilka dni przygotowywałam dla was recenzję filmu "Dary Anioła: Miasto Kości". Nie będę ukrywała, że długo - i z niecierpliwością - czekałam na ten film. Jestem wielką fanką książek i filmów fantasy, ale tylko jeżeli trzymają poziom.


Film opowiada historię nastoletniej Clary, która pewnego dnia odkrywa istnienie istot niewidzialnych dla normalnych śmiertelników. Okazuje się, że dziewczyna jest Nocnym Łowcą, a jej zadaniem, tak jak pozostałych Łowców, jest ochrona śmiertelników przed demonami i innymi istotami zła. To najkrótszy i najmniej szczegółowy opis jaki udało mi się stworzyć. Nie chciałabym odkrywać przed wami zbyt wiele, bo wtedy nie można się dobrze bawić oglądając film. Myślę, że pewne elementy zaskoczenia mogą być naprawdę fajne, a jeśli zna się całą fabułę...? Wtedy nie da się odczuwać takiej przyjemności.

Opis może wam trochę przypominać "Zmierzch", trochę "Pamiętniki Wampirów" albo "Skrzydła Laurel", ale niekoniecznie oznacza to, że jest do tych wszystkich produkcji podobny. Cechą wspólną są z pewnością nadnaturalne istoty, śliczna, naiwna nastolatka, dwóch facetów "walczących" o jej miłość, czyli tak zwany miłosny trójkąt. A jednak jeśli spojrzymy szerzej, nie wszystko musi wyglądać właśnie tak. Po pierwsze od wszystkich wymienionych wyżej produkcji "Miasto Kości" różni prawdziwy, mroczny klimat; kiedy nie do końca wiemy, o co chodzi i dopiero z czasem otrzymujemy odpowiedzi. Po drugie: otwarte zakończenie (film ma szansę na kontynuację, ale niewielką). Po trzecie - całkiem dobre efekty specjalne. I wątek miłosny, który kończy się zaskakująco dla widzów... W porównaniu ze "Zmierzchem" to naprawdę duży plus.




Jeśli chodzi o sam film, gra aktorska nie była jakaś powalająca, ale nie mogę powiedzieć, że aktorzy grali jak kłody drewna. Warto wyróżnić kreację Lily Collins. Wcześniej widziałam ją na ekranie jako Królewnę Śnieżkę i w roli drugoplanowej w filmie "Wielki Mike. The Blind Side". Muszę przyznać, że przekonała mnie w roli Clary Fray. Na początku słabiutkiej, mdlejącej dziewczynki, a potem silnej i odważnej nastolatki. Podobała mi się także rola Kevina Zeggersa, chociaż było mi szkoda, że na ekranie pojawiał się tak rzadko. Całkiem przekonujący byli również Jonathan Rhys Meyers w roli czarnego charakteru i Robert Sheehan, któremu przypadła rola beznadziejnie zakochanego w Clary przyjaciela. Z kolei Jamie Campbell Bower kompletnie nie pasował mi do roli Jace'a. Nie będę mu niczego zarzucać, bo jego fani by mnie zjedli, ale nie podobało mi się, jak grał.

Z całego filmu najbardziej podobała mi się muzyka. Skomponował ją Atli Örvarsson, znany z soundtracków do filmów: "Polowanie na czarownice", "Babylon A.D." czy "Hansel i Gretel: Łowcy czarownic". Dodatkowo oprócz jego kompozycji po raz pierwszy spodobały mi się wykorzystane utwory, niebędące dziełem kompozytora. Szczególnie przemówiły do mnie dwie: "When The Darkness Comes" Colbie Caillat i "Heart by Heart" Demi Lovato. Zanim zaczniecie coś myśleć i mówić muszę wam powiedzieć, że nie jestem fanką Demi ani jako osoby, ani jako piosenkarki, ale musicie przyznać, że ma naprawdę niesamowity głos.


Wielu krytyków bardzo słabo oceniło film. Muszę przyznać, że na pewno znajdzie się tam wiele niedociągnięć, ale czy naprawdę słysząc o tym filmie wymagaliśmy nie wiadomo czego? Uważam, że został zrobiony całkiem dobrze i mnie się podobał. Zresztą jest skierowany głównie do takich nastolatek jak ja, które lubią dobrą zabawę z filmem i chcą choć na chwilę zapomnieć o nudnej, szarej rzeczywistości. Bo dzięki "Miastu Kości" można przenieść się w naprawdę niezwykły i inny świat...

Ogółem mówiąc, film został zekranizowany na podstawie książki Cassandry Clare o takim samym tytule. Nie miałam okazji jeszcze jej przeczytać, ale słyszałam same pozytywne opinie, dlatego uważam, że warto. Co do filmu słyszałam i czytałam najróżniejsze recenzje, ale i tak zdecydowałam się go obejrzeć. Nie jest to pozycja obowiązkowa, ale czasem aż chce się usiąść w fotelu i zobaczyć coś mało ambitnego. Film nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia, ale mogę powiedzieć, że na swój sposób mi się podobał. Myślę, że dla fanów "Igrzysk Śmierci" to pozycja obowiązkowa!


Jeśli jesteście zainteresowani, obejrzyjcie śmiało i podzielcie się swoimi wrażeniami!

Pozdrawiam, Inka

poniedziałek, 14 października 2013

Jeździec bez głowy

Cześć! Ostatnio pisałam o najnowszym serialu stacji Fox "Sleepy Hollow". Wtedy jeszcze nie widziałam "Jeźdźca bez głowy" Tima Burtona z 1999 roku. Obie produkcje łączy opowiadanie Washingtona Irvinga "Legenda o Sennej Kotlinie" z 1820 roku, na podstawie którego nakręcono w dość wolnym przekładzie film i serial. Nie miałam jeszcze okazji go przeczytać, ale gdy tylko znajdę czas (czyli za jakieś pół wieku, kiedy skończymy romantyzm i pozytywizm na polskim) chętnie po nie sięgnę. W każdej historii pojawia się postać Ichaboda Crane'a i w każdej z nich zmienia on swoją profesję. W opowiadaniu jest nauczycielem, w filmie Burtona - policjantem-detektywem, zaś w "Sleepy Hollow" gra wskrzeszonego po latach żołnierza.


"Jeździec bez głowy" to historia młodego policjanta, którzy przybywa do Sleepy Hollow, aby rozwiązać zagadkę tajemniczych morderstw dokonywanych rzekomo przez jeźdźca bez głowy. Na samym początku Crane pragnie dowieść wszystkim, że sprawcą morderstw jest zabójca, który - prawdopodobnie - chce się zemścić. Jako przykładny racjonalista wierzy tylko w to, co może udowodnić dzięki eksperymentom i nauce. Ale czasami nie wszystko da się racjonalnie wytłumaczyć... I właśnie tego w trakcie swojej przygody w Sleepy Hollow dowie się nasz młodziutki policjant.

Tim Burton po raz kolejny pokazał, że może zrobić świetny film mający trochę z horroru, trochę z filmu grozy... Mroczna sceneria, stylizacja na kino starych, dobrych lat, tajemniczość, czary, morderstwa... Właśnie ten klimat jest najlepszy w całym filmie. Nie da się go nie poczuć. Nie można go przeoczyć. Do tego genialna, nastrojowa muzyka Danny'ego Elfmana towarzysząca od początku seansu i bardzo dobra gra aktorska. Świetnie zagrana rola Ichaboda Crane'a. Nieco z przymrużeniem oka, z pewnym dystansem do siebie. Warto też zwrócić uwagę na mimikę. Johnny Deep po raz kolejny pokazuje, że potrafi zagrać każdą rolę. Szczególnie warta uwagi jest kreacja Katriny Van Tassel, którą zagrała młodziutka Christina Ricci. Jej talent ujawnił się już podczas grania w "Rodzinie Addmasów", ale w "Jeźdźcu bez głowy" utwierdziła mnie w przekonaniu, że potrafi grać.




Przed "Jeźdźcem bez głowy" Burton zrobił kilka innych dobrych filmów. Szczególnie chciałam zwrócić uwagę na "Edwarda Nożycorękiego". Od czasu tego kultowego filmu współpraca Tima z Johnnym zaczęła się rozwijać. Burton nie tylko znalazł swojego ulubionego aktora, którego mógł obsadzać w większości głównych ról, ale także kompozytora - Danny'ego Elfana. Do tego grona dołączy później Helena Bonham Carter. Wydaje mi się, że to grono - choć naprawdę uzdolnione i dobre - na dłuższą metę nie wypali... Burton z roku na rok robi coraz gorsze filmy (dowodem na to są chociażby "Mroczne cienie"), a obsadzanie w nich tych samych aktorów jest już nieco nudne i przewidywalne. Reżyserowi przydałby się powiew świeżości...

"Jeździec", chociaż nie w pełni doceniony, zdobył wysokie noty od publiczności i Oscara za najlepszą scenografię. Do tego doszły dwie nagrody BAFTA (za najlepszą scenografię i kostiumy), dwa Saturny (Dla Danny'ego Elfmana - za najlepszą muzykę i dla Christiny Ricci) i pięć Złotych Satelitów (za najlepszą muzykę, scenografię, kostiumy, zdjęcia i dźwięk). Wydaje mi się, że w tym wypadku trochę pokrzywdzony został Johnny Deep, bo nie otrzymał żadnej nagrody, a tak dobrze sobie poradził, ale to tylko moja własna opinia.

"Jeździec bez głowy" to film dobrze wyreżyserowany, ze świetną grą aktorską i genialną muzyką. Warto go zobaczyć, chociażby dlatego, żeby mieć porównanie z filmami Burtona "kiedyś" i "dziś". No i tutaj nie pojawiła się Helena... Poza tym warto obejrzeć go dla samego klimatu i magii, które dodają filmowi uroku. Jeżeli obawiacie się, że "Jeździec" jest horrorem, wierzcie mi, nie ma tam niczego strasznego! Jedynie nastrój tajemniczości, grozy, które towarzyszą podczas jego oglądania, no i ciągłe napięcie powodują, że można odczuć coś na kształt niepokoju. Jednak dla smakoszy dobrego kina nie jest to chyba żadna przeszkoda. Polecam!

Pozdrawiam, Inka

piątek, 11 października 2013

Sleepy Hollow

Hej! Dziś chciałabym coś napisać o nowym serialu stacji Fox, który jest emitowany od 16 września i zbiera naprawdę wysokie noty, a także od czterech tygodni utrzymuje ten sam wysoki poziom oglądalności. Pierwszy odcinek przyciągnął 10,05 miliona widzów, dając stacji udział 9% na rynku. Drugi odcinek przyciągnął ich nieco mniej, a mianowicie 8,56 milionów, dając stacji 8% udziałów na rynku, co jest naprawdę dużym osiągnięciem. Trzeci odcinek także zdobył 8% udziałów na rynku, zaś czwarty, bo do tej pory wypuszczony ich tylko tyle, 7% udziałów na rynku. Myślę, że to niesamowicie dobry debiut i stacja zarobiła naprawdę dużo dzięki "Sleepy Hollow". "Dramat zyskał 43% biorąc pod uwagę emisję na żywo i odtworzenia w ciągu trzech kolejnych dni, osiągając tym samym rating 5.0 w grupie docelowej 18-49 lat, co łatwo uczyniło serial najmocniejszym w stacji w ostatnim tygodniu.".


"Sleepy Hollow" jest serialem, którego akcja toczy się w teraźniejszości, w XXI wieku i jednocześnie łączy ze sobą retrospekcje z XVIII wieku. Głównymi bohaterami są Ichabod Crane, który zostaje wskrzeszony po 250 latach (razem z nim budzi się także zło) i Abbie Mills, młoda policjantka, która wraz ze swoją siostrą w dzieciństwie doświadczyła nadprzyrodzonej mocy ciemności. Oboje decydują się na walkę z siłami zła, w której może im pomóc odkrycie tajemnic sięgających czasu powstania Stanów Zjednoczonych. Jak się okazuje Sleepy Hollow wcale nie jest takie senne...

Być może opis (trochę przeze mnie przekształcony) nie bardzo wam się spodobał, ale nie skreślajcie serialu od razu z listy. Oprócz Ichaboda i Abbie w odcinkach pojawia się wiele innych postaci, m. in. Jeździec bez Głowy, o którym nie wspominałam w opisie, Frank Irving - kapitan, August Corbin - szeryf, Katrina Crane - żona Ichaboda, a także siostra Abbie.

Jakie są plusy oglądania "Sleepy Hollow"? Po pierwsze: fabuła. Jest bardzo ciekawa; dialogi całkiem dobrze skonstruowane, bez żadnych głupich żarcików i dennych tekstów o miłości. Po drugie: klimat. Tak mroczna i niesamowita sceneria robi wrażenie. Po trzecie: gra aktorska. I na tym skupię się chyba najbardziej. Genialnie zagrana postać Ichaboda Crane'a (w tej roli Tom Mison), któremu ciężko jest się odnaleźć po 250 latach "snu. Kapitalne odnalezienie się aktora w tej roli sprawiło, że aż zaczynało się wierzyć, że on naprawdę pochodzi z tamtych czasów, no i swoje zrobił też cudowny, brytyjski akcent Toma, w którym się po prostu zakochałam. Rola Abbie przypadła Nicole Beharie i muszę przyznać, że aktorka całkiem dobrze sobie radzi. Jest naturalna, potrafi irytować, ale też jej gra sprawia, że w pewnym momencie zaczynamy współczuć Abbie... Po czwarte: muzyka. Została skomponowana przez Briana Tylera i Roberta Lydeckera. Jest nastrojowa i bardzo mi się podoba. Pasuje do czołówki :)


Warto też dodać, że serial radzi sobie lepiej niż przebojowy, wakacyjny hit - "Under the Dome". Serial trzyma w napięciu i bardzo mi się to podoba. Myślę, że zawsze znajdzie się ktoś komu "Sleepy Hollow" nie przypadnie do gustu i znajdzie mnóstwo powodów, dla których nie warto go zobaczyć, ale mimo wszystko: polecam! Warto zobaczyć chociaż jeden odcinek, żeby móc jako tako wyrobić sobie o nim zdanie. Jak dotąd obejrzałam wszystkie, które wypuściła stacja Fox, a było ich raptem cztery. I mimo wszystko, chociaż nigdy nie oceniam nie obejrzawszy całego sezonu, powiem, że serial jest świetny i chętnie tracę na niego 45 minut tygodniowo :)


Jeśli nie jesteście aż nadto wymagający, to spróbujcie, a nuż wam się podoba. A dla tych, którzy serial już widzieli mam dobrą nowinę. Stacja Fox zamówiła drugi 13-odcinkowy sezon "Sleepy Hollow", dając mu duży kredyt zaufania. Jako widz jestem wniebowzięta, jako uczeń - już niekoniecznie. Ale mam nadzieję, że zawsze znajdę czas, aby udać się w podróż do Sennej Kotliny i przeżyć kolejną przygodę wraz z głównymi bohaterami...

Pozdrawiam, Inka